. . Poznań 1985

Rozdział I

Poznań, Poniedziałek, 3 czerwca godz. 4.30

.

Zygmunt Olczak zapalił pierwszego dziś papierosa. Z przyjemnością zaciągnął się mocnym dymem z samodzielnie zrobionego skręta. Spojrzał na unoszący się przed nim szaro-popielaty kłąb, który rozpływał się powoli, w wilgotnym, bezwietrznym powietrzu. Z zadowoleniem pomyślał o kupionej wczoraj na Łazarzu, pełnej paczce aromatycznego zagranicznego tytoniu, którą właśnie włożył do kieszeni swojej wędkarskiej kamizelki. Przypomniał mu się smak Popularnych, które palił jeszcze niedawno, zanim przeszedł na skręty i splunął na samą myśl o krajowym wyrobie, którym zatruwał płuca ponad 40 lat. Sąsiad, ten Nowak z dziewiątego piętra, poradził mu, że tytoń i bibułki to może nie taniej, ale zdrowiej, a poza tym więcej palenia wychodzi.

Zyga bardzo lubił tę wczesną porę, budzącego właśnie się dnia. Zapach dymu tytoniowego i zapach wody, ta mieszanka była dla niego jak magnes, który ciągnął go nad Wartę. Spojrzał na leniwie przesuwający się przed nim ciemny nurt rzeki, która za chwilę rozbłyśnie milionami drobnych refleksów, odbijających się w toni pierwszych promieni wschodzącego słońca.

Po drugiej stronie rzeki, powoli ze snu budziło się monstrualne Osiedle Młodych. Po wodzie niosły się pierwsze kaszlnięcia odpalanych pod blokami samochodów, małych fiatów, trabantów i syren. Po lewej stronie na moście Marchlewskiego z głośnym stukotem przejechał pierwszy tego dnia, jeszcze pusty, zielony tramwaj nr 14. Zza majaczących w oddali brył akademików politechniki przy ulicy św.Rocha powoli wychylała się słoneczna poświata.

- Nic, trzeba się brać do roboty - pomyślał Olczak i nie wyjmując papierosa z ust, ściągnął z pleców pokrowiec z wędkami. Kilkadziesiąt metrów dalej w stronę mostu podobny rytuał odprawiał inny wędkarz. Olczak znał go od lat, choć nie wiedział nawet jak się nazywa. Od ponad roku, czyli od czasu, gdy dali mu wreszcie w Ceglorzu kopa i wysłali na emeryturę, spotykali się w tym samym miejscu kilka razy w tygodniu. Skinął mu, więc głową a tamten odpowiedział przykładając palec do daszka czapki. Żaden nie odezwał się ani słowem. Wiadomo, nie ma, co zbytecznym kłapaniem dzioba straszyć ryb.

Rozłożenie uszykowanej w domu wędki zajęło mu kilkadziesiąt sekund. Sięgnął do plastikowego pudełka i wydobył z niego kilka białych robaków. Sprawnie nadział je na haczyk i podszedł do skraju betonowego nabrzeża. W tym momencie woda zamigotała. Ostry blask wschodzącego słońca prześlizgnął się po wodzie i oświetlił sterty kamieni u podnóża cementowej stromizny.

- Jak dalej bedą takie upały - myślał Zyga schodząc ostrożnie ku rzece - to niedługo wody w Warcie zabraknie. Chyba z pół metra już opadła - zauważył oceniając szerokość piaszczystej łachy, która wynurzała się z toni, wyraźnie zwiększonej od wczorajszego poranka, kiedy był tu po raz ostatni.

Stanął pewnie na szerokiej krawędzi betonowego brzegu i przymierzył się do pierwszego rzutu. Nagle jego uwagę przykuło coś dziwnego, co w wyraźny sposób odcinało się swoją barwą od reszty przybrzeżnych kamieni. Coś, jakby większy kamień, było wyraźnie jaśniejsze i znacznie gładsze. Zyga położył wędkę na pochyłym nabrzeżu, uważając, by nie splątać żyłki. Zaczął iść ostrożnie w tamtym kierunku. Przeszedł zaledwie parę kroków i znów przystanął. Mimo lekkiego porannego chłodu nagle zrobiło mu się gorąco. Z niedowierzaniem przyglądał się swojemu odkryciu. Umysł jeszcze próbował walczyć z tym, co podpowiadała mu rzadko zawodząca go intuicja. Zakręciło mu się w głowie i musiał usiąść nie spuszczając jednak ani na sekundę oczu ze znaleziska. Słoneczne refleksy odbijające się w wodzie, łagodnie ślizgały się po czyimś gołym bladym tyłku.

- Tej - krzyknął Olczak do wędkarza sąsiada - cho no tu, dalej. Machając ręką przywoływał tamtego, a sam zaczął przysuwać się do miejsca, w którym bieliły się pośladki. Nim nadbiegł drugi wędkarz, Zyga zauważył już podkurczone, nienaturalnie wykrzywione nogi. Po chwili obaj mężczyźni nachylali się nad nagim kobiecym ciałem. Ustawiając się z dwóch stron jednocześnie chwycili za ręce, leżące na kamieniach, by jak najszybciej wyciągnąć z wody skrytą w toni głowę. Szarpnęli jednocześnie do góry i naga postać usiadła. Ale głowa nie wynurzyła się z wody. Głowy nie było.

Obaj, jak oparzeni, puścili ręce kobiety i gołe barki wraz z pozostałością szyi, zniknęły w wodzie.

-Kurwa - wyszeptał pobladły Zyga, odszedł jakieś dwa metry na bok, pochylił się nad kamieniami i wyrzygał niedawno zjedzone dwie sznytki z salcesonem, popite bawarką. Obrócił się na prawo, upewnił się, że tyłek naprawdę jest tam gdzie jest i znów dostał torsji. Po chwili uniósł nieco głowę. Na kamieniu, ledwie metr od niego siedziała biała rybitwa, która

z obojętnością stałego klienta baru mlecznego, przyglądała się nieapetycznym rzygowinom.

Godz.5.10

Głośne, dźwięczne chrapanie przerwał świdrujący czaszkę metaliczny dźwięk dzwonka telefonu. Marcinkowski rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po swojej sypialni, ale dopiero ponowny dzwonek uświadomił mu, że trzeba podejść do telefonu na korytarzu.

- Słucham Marcinkowski - warknął do słuchawki

- No wstawaj - odezwał się z drugiej strony świata, znajomy głos Brodziaka. - Mamy nad Wartą niezły pasztet.

- W dupie mam wszystkie pasztety, dopiero co się położyłem do łóżka - odpowiedział zirytowany Marcinkowski. W głowie czuł jeszcze ćmienie po wypitej wczoraj wieczorem butelce Bałtyckiej.

-No to żeby pomogło ci to w podjęciu jedynej właściwej decyzji, to powiem ci, że ten pasztet nie ma głowy.

-Jasna dupa.

- No właśnie, ja powiedziałem coś znacznie gorszego jak dostałem tę informację. Przysłać po ciebie samochód? - zapytał z troską w głosie Brodziak, który wczoraj razem z Marcinkowskim przeprowadzał degustację butelki ze statkiem na nalepce

- Nie dzięki przyjadę swoim - uśmiechnął się na myśl o nowiutkim Polonezie i to złagodziło nieco jego irytację. To auto miał zaledwie od miesiąca i uwielbiał nim jeździć. Pół roku temu dostał od komendanta wojewódzkiego talon na samochód, w nagrodę za rozwiązanie sprawy napadu na PKO i przymknięcie zabójcy kasjerki. Czekał później cztery miesiące aż Polmozbyt zrealizuje talon, no i doczekał się. Co prawda kolor nie bardzo mu się podobał, ale nie było co wybrzydzać. W tej partii, która przyszła do sklepu wszystkie były w kolorze piasku pustyni i nic nie można było na to poradzić. Koledzy, zaraz pierwszego dnia jak przyjechał nim do roboty wymyślili, że kolor przypomina psie gówno, ale i tak widać było, że zazdroszczą mu samochodu. Większość z nich jeździła maluchami, syrenami albo Fiatami 125p. Polonezów pod komendą parkowało zaledwie kilka i wszystkie należały do najwyższych szarż.

Poza tym jego auto miało w wyposażeniu radiomagnetofon Safari 2, dzięki czemu, mógł podczas jazdy słuchać własnych nagrań. To był komfort, o jakim jeszcze kilka miesięcy temu mógł tylko pomarzyć, jeżdżąc do pracy rozklekotanym, dziesięcioletnim maluchem.

- Kto dzwonił zapytała Grażyna.

- Nikt, śpij, muszę jechać.

- Kiedy wrócisz?

- A skąd ja to mogę wiedzieć.Zapalił lampkę nocną i zaczął powoli zbierać z podłogi rozrzucone tam niedawno części ubrania. Już chciał założyć białe gacie, ale przypomniał sobie, że łaził w nich przez ostatnią dobę. Klnąc pod nosem wstał i poszedł do szuflady w komodzie. Zajrzał do środka i zaklął tym razem głośniej. Wewnątrz nie było ani jednej świeżej pary. Ze złością stwierdził, że podobnie rzecz się miała ze skarpetkami. Jedyne czyste były białe z froty. Zakładał je na specjalne okazje, na przykład do gry w tenisa, raz na kilka miesięcy na kortach Olimpii. To były prawdziwe skarpetki adidasa kupione za dolce w Peweksie Uchowały się, bo raczej średnio pasowały do ciemnego garnituru, który nosił zazwyczaj do roboty. Złorzecząc całemu światu, a przede wszystkim swojej żonie, która niezbyt przejmowała się jego garderobą, sięgnął po super skarpety i poszedł do łazienki pogrzebać w wiklinowym koszu na brudy, w poszukiwaniu średnio zabrudzonych majtek.

- Zrób wreszcie pranie, bo nie mam, w czym chodzić, na jaką cholerę załatwiłem ci tą automatyczna pralkę?- warknął w stronę śpiącej żony.

- Zrobię tylko musi uzbierać się cały bęben, bo nie będę marnowała proszku dla kilku par twoich gaci. Idź do kolejki po proszek jak się dowiesz, że gdzieś rzucili, odstój kilka godzin i przynieś do domu, to wtedy będę ci prała nawet codziennie.

Grażyna odwróciła się do niego plecami i naciągnęła kołdrę na głowę.

Godz.5.50

Szeregowy Mariusz Blaszkowski był blady jak ściana. Przeklinał w duchu swój ciekawski charakter. Miał zabezpieczać miejsce zdarzenia, czyli nie dopuszczać nikogo postronnego w pobliże brzegu gdzie znaleziono zwłoki. Jako profesjonalista, w milicji był już, bowiem cztery miesiące, chciał zobaczyć trupa. Wbrew poleceniu szefa, który kazał mu stać przy ścieżce biegnącej z warcianej skarpy, poszedł nad brzeg rzeki. Zobaczył ciało z odciętą głową i natychmiast zwymiotował. Widział drwiące spojrzenia starszych kolegów, a ten rudy facet bez munduru powiedział mu nawet, że ma spierdalać stąd w podskokach i rzygać gdzieś dalej. Teraz pozbierał się już trochę do kupy i stanął w pewnej odległości od linki ograniczającej dostęp gapiów. Właściwie nie miał nic do roboty, bo ciekawskich nie było wcale. Rozmyślał, więc nad swoją wpadką i zastanawiał się jak komentować ją będą jego kumple z koszar na Taborowej. Z drugiej strony jednak - myślał Blaszkowski - uczestnictwo w zabezpieczaniu miejsca zdarzenia jest o niebo lepsze od normalnych codziennych patroli. Nie lubił chodzić z chłopakami na miasto, bo doskonale czuł jak traktują ich ludzie. Nieufność a niekiedy nawet pogarda, z jaką spoglądali na nich poznaniacy kłuła go na każdym niemal kroku. Jego kumple albo mieli to w dupie, albo udawali, że jest im to obojętne. Niektórzy z nich byli agresywni i za pomocą pały próbowali wymusić respekt i posłuch u legitymowanych gówniarzy. Imponowało im najwyraźniej to, że mają władzę. Mariuszowi to się nie podobało, ale siedział cicho i nic nie mówił, bo wiedział, że jeśli wyrazi swój sprzeciw, wobec prymitywnego chamstwa, szybko pożegna się ze służbą. A na pracy w milicji naprawdę mu zależało. Postanowił więc, że sam będzie się przyzwoicie zachowywał i jakoś odbębni te dwa lata w ZOMO. To był warunek konieczny by dostać później robotę, a on od samego dzieciństwa zawsze wiedział, że chce być gliną, kimś takim jak Kapitan Żbik. Komiksy z jego przygodami zebrał chyba wszystkie i do dzisiaj czytał je w każdej wolnej chwili.

Na pobliskiej skarpie koło jakiegoś baraku zatrzymał się sraczkowaty Polonez. Wysiadł z niego trzydziestoparoletni mężczyzna w ciemnym garniturze.

- No pojawił się jakiś ciekawski palant - pomyślał szeregowy Blaszkowski. Niech no tylko się tu zbliży to dam mu w kość.

Facet zamknął drzwi samochodu, pogmerał kluczem w zamku, a potem obszedł auto dookoła i sprawdził po kolei wszystkie pozostałe drzwi, czy aby na pewno są zamknięte. Gdy przegląd zabezpieczeń wypadł pomyślnie, schował klucze do kieszeni i ruszył nieśpiesznie w stronę milicjanta.

- Co za elegancik - zauważył młody milicjant -szpanuje białymi skarpetkami.

-Nie ma przejścia- powiedział zdecydowanym głosem szeregowy. - Mężczyzna spojrzał na niego z lekkim uśmiechem, przystanął i zapytał

- Co się stało?

- Nic się nie stało, trwa milicyjna interwencja, więc proszę stąd odejść i nie przeszkadzać.

- No dobra - odpowiedział ten w białych skarpetkach i bez słowa przeszedł obok milicjanta, podniósł linkę i ruszył w stronę rzeki.

Blaszkowski chciał coś, powiedzieć, zakrzyknąć coś w rodzaju stać, bo strzelam, ale w porę się zreflektował. Zauważył, że ten rudy, który pognał go z nabrzeża pomachał ręką w stronę faceta w białych skarpetkach.

Ja pierdzielę, pomyślał Blaszkowski, znowu się zblamowałem, to chyba ktoś z naszych, i to chyba ktoś ważny, bo mnie olał zupełnie.

"Ktoś ważny" podszedł do rudego. Obaj mężczyźni uścisnęli sobie ręce.

- Słuchaj Miras, czy w tym pieprzonym mieście nie ma nikogo, kto zająłby się tą sprawą? Przecież my jesteśmy z wojewódzkiej, a tu jak mi się zdaje jest centrum Poznania. Co robią te lenie z miejskiej?

Rudzielec w uśmiechu wyszczerzył pożółkłe od tytoniu zęby. - O ile mi wiadomo, to do takiej sprawy nie ma nikogo innego obywatelu kapitanie. A komenda miejska przygotowuje się do rocznicy czerwca, więc sam rozumiesz...

Marcinkowski uśmiechnął się krzywo i spojrzał w dół na grupę uwijających się przy zwłokach techników.

- Co wiemy? Spytał wyciągając z kieszeni Radomskie. Podsunął otwartą paczkę Brodziakowi a ten skwapliwie skorzystał z okazji. Zapalili.

- Kobieta, wiek chyba około 20 lat, na prawym ramieniu niewielki tatuaż, przedstawiający jakiegoś robala, zgon, jak wstępnie można ustalić nastąpił około dziesięć godzin temu. W wodzie może leżeć jakieś dwie trzy godziny. Żadnych śladów w okolicy, na trawie, piasku czy betonie, to znaczy, że chyba nie tu została zaszlachtowana, no i oczywiście jeszcze ta obcięta głowa, to znaczy się jej brak.

-To jakiś pierdolony łowca głów, czy jak? - Marcinkowski próbował w pamięci odgrzebać podobnie makabryczne morderstwo i jakoś nie udawało mu się. Przypomniała mu się za to książka Szklarskiego "Tomek wśród łowców głów" i poczuł, że po plecach z prędkością Ireny Szewińskiej przebiegły mu ciarki.

- Makarczuk chodźcie no tu - Brodziak przywołał gestem grubego sierżanta, który stał nad brzegiem Warty w grupie innych milicjantów - To wasza dzielnica no nie?

- Tak jest panie poruczniku - odpowiedział dzielnicowy.

- To wyście byli tu pierwsi, widzieliście tę babkę kiedyś wcześniej?

- A diabli ja wiedzą panie poruczniku, jak nie ma głowy to nic nie wiem, a po cyckach nie rozpoznam - uśmiechnął się krzywo Makarczuk.

- No a ci, co ją znaleźli, co to za wiara?

- Dane spisałem, to rybaki z bloków po drugiej stronie. Jakby, co można ich jeszcze przepytać, ale na mój rozum to oni nic nie wiedzą. Wyciągnęli ją tylko i zameldowali jak się należy. Jeden został przy zwłokach a drugi poleciał do Bety, tego samu spożywczego, bo tam jest telefon i zadzwonił na 997, a dyżurny zaraz do mnie.

- Dobra w takim razie macie trochę roboty przed sobą, pokręćcie się po terenie i pogadajcie z ludźmi. Jak chcecie możecie wziąć ze czterech młodych do pomocy.

Makarczuk podrapał się po nosie.

- Panie poruczniku a na cholerę mi oni, wiara z zomolami nie będzie gadać. Ja wolę sam połazić. Jak ktoś ma coś powiedzieć to na pewno mnie, a nie im. Mnie tu wszyscy znają.

- Nie to nie, chciałem wam pomóc, ale weźcie, chociaż tego, orzyganego, co tam stoi przy ścieżce - Brodziak głową wskazał na Blaszkowskiego. Tu się nie przyda, bo jeszcze nam zemdleje, a od was może się czegoś nauczyć. Może będą z niego ludzie.

Godz.6.45

W barze mlecznym na rogu Dąbrowskiego i Mylnej pachniało kwaśną kapustą i ciepłym kompotem z truskawek. O tej porze nie było tu jeszcze zbyt tłoczno. Zaledwie przy dwóch stolikach ozdobionych białymi porcelanowymi wazonikami na kwiaty z niebieskimi sygnaturkami PSS-Społem siedzieli klienci. Kwiatków w wazonach, oczywiście nie było, ani nawet serwetek papierowych w specjalnych stołowych pojemnikach. Marcinkowski przychodził tu na śniadania czy obiady, bo miał blisko z komendy, a poza tym było tu tanio. No i był jeszcze jeden powód. Przyzwyczajenie. Ta knajpa istniała w tym miejscu odkąd pamiętał, czyli od zawsze. Miał wrażenie, że w tym zwariowanym świecie, w którym wszystko zmienia się błyskawicznie, bar mleczny był jedynym pewnym punktem, a jego jadłospis z plastikowymi literkami przypinanymi do plastikowej tablicy, wciąż ten sam od lat, był gwarantem stabilizacji życiowej. Wydawało mu się, że to jak tablica z dziesięcioma przykazaniami Mojżesza: po pierwsze - pierogi leniwe, po drugie - naleśniki, trzecie - fasolka po bretońsku. Tyle, że tych przykazań żywieniowych było około trzydziestu. Nie musiał zresztą na nie patrzeć, i tak wiedział, co tam jest i za ile.

Na śniadanie często zamawiał fasolkę, była kiepsko doprawiona, więc dosypywał do niej spora porcję pieprzu ziołowego, który stał na bufecie. Normalny pieprz zniknął z baru gdzieś koło roku osiemdziesiątego wraz z aluminiowymi nożami i nic nie wskazywało na to, że kiedyś powróci. W sklepach nie można było go dostać za żadną cenę, wiec kupowało się go na targu od Ruskich albo trzeba było przywozić z zagranicznych wycieczek do demoludów. A państwowy bar nie mógł sobie pozwolić na takie fanaberie jak porządne przyprawy. Tu się spożywało a nie jadło.

Mimo to jednak fasolka była pewnym daniem, bo nie zdarzyło się jeszcze by kiedyś się nią zatruł.

Swoją drogą ciekawe, myślał kapitan czy w Bretanii to danie jest tak popularne jak u nas na przykład bigos. Nie miał pojęcia, ale zakładał, że tam przynajmniej lepiej ją Francuzi doprawiają. Jedno było natomiast pewne, tego jak jest w istocie, on Alfred Marcinkowski nie sprawdzi nigdy osobiście, bo nic nie wskazuje na to by kiedykolwiek uzyskał zgodę resortu na wyjazd do Francji. Chyba, że Francja dołączy do wielkiej rodziny Krajów Demokracji Ludowej, a na to, na razie nic nie wskazywało. Najdalej na zachód mógł pojechać najwyżej do NRD. Uśmiechnął się na wspomnienie hektolitrów dobrego piwa i doskonałych parówek pochłanianych przez niego i jego kolegów milicjantów podczas przyjacielskiej wizyty u bratniej milicji w Karl Marx Stadt. Pili wtedy przez trzy dni do upadłego, wywołując wielkie zdziwienie a później nawet podziw swoich NRD-owskich kolegów, którzy nie mogli uwierzyć, że można w tak ekspresowym tempie pochłaniać takie ilości alkoholu

- A to słyszałeś?- wyrwał go z zamyślenia głos Brodziaka, który właśnie przyniósł sobie naleśniki z serem i rozsiadał się na metalowym krześle po drugiej stronie stołu - Dlaczego milicjanci chodzą zawsze parami? Bo jeden umie czytać, drugi pisać. Zarechotał głośno ubawiony swoim własnym dowcipem. Postawił talerz na brudnej ceracie i ręką zgarnął na podłogę jakieś okruchy, pozostawione przez poprzedniego klienta.

Mirosław Brodziak był szczupłym trzydziestolatkiem o jasnej cerze upstrzonej setkami piegów i rudej pofalowanej, nieco za długiej czuprynie. Typ wiecznego młodzieńca, ceniącego nade wszystko dobrą zabawę w dobrym towarzystwie. Ubierał się ze smakiem w markowe dżinsy wranglera i kurtkę tej samej firmy. Ciuchy kupował w Peweksie, bo jak mówił polski dżins z Odry to zafarbowany na niebiesko materiał na worki do pyrów. Obaj z Marcinkowskim skończyli szkołę oficerską w Szczytnie, z tym, że Brodziak był o trzy roczniki niżej. To, dlatego był dopiero porucznikiem, podczas gdy jego starszy kolega, dochrapał się już kapitana.

-Daj spokój z tymi głupotami- rzucił kapitan- powiedz mi lepiej, co myślisz o tej lasce tam nad rzeką. Widziałeś kiedyś coś podobnego?

Uśmiech z twarzy Brodziaka zniknął momentalnie. Przejechał nerwowo dłonią po zmierzwionych włosach i spojrzawszy na Marcinkowskiego odparł:

-Ja se myślę, że to musiał zrobić jakiś psychol. Jak ty to tam powiedziałeś, łowca głów czy jak. bo ja wiem? Tej Fred mnie się zdaje, że nikt normalny nie urąbałby babie całej łepetyny.

-Zwróciłeś uwagę na ten tatuaż na ramieniu tej dziewuchy? Mówiłeś, że to jest jakiś robal. Trzeba się temu dokładnie przyjrzeć. Mam jakieś dziwne przeczucie, że to może nas dokądś doprowadzić. No i oczywiście głowa, to teraz najważniejsza kwestia.

Na komendzie powinni mieć już wywołane zdjęcia. Przyjrzymy się z bliska temu robakowi. A swoją drogą to, jaka normalna kobieta robi sobie tatuaż?

-Też o tym myślałem, trzeba by pogadać ze specjalistą od dziergania- podsumował Brodziak i wsunął do ust ostatni kęs naleśnika.

-Kto zamawiał ruskie? - krzyknęła bufetowa, pani Jadzia, w stronę sali konsumpcyjnej.

- Nikt, sami przyleźli - odpowiedział cichutko Brodziak i obaj z milicjanci zaśmiali się głośno z udanego dowcipu.

Godz.7.30

Na Ostrowie Tumskim poranne słońce oświetlało potężną bryłę gotyckiej katedry z dwoma wieżami. Ich barokowe hełmy odbijały się w ciemnym nurcie leniwie przepływającej Warty. Pod posadzką świątyni spoczywają podobno dwaj pierwsi historyczni władcy Polski - Mieszko I i Bolesław Chrobry. To oni podnieśli gród poznański do rangi miasta książęcego.

Gerard Matulak nie miał pojęcia o tym, kim byli obaj Piastowie, ani, że miasto, w którym mieszkał prawie pięćdziesiąt lat ma tak szacowną historię. Rozpiął rozporek i przez niewysoką burtę zaczął sikać do wody. Nie patrzył na katedrę, bo ten widok był dla niego czymś zupełnie normalnym. Za to z zainteresowaniem przyglądał się własnym siuśkom, fachowym okiem oceniając ich kolor. Ciekawe, pomyślał, czemu po piwie zawsze są takie białe. Mimo, że dzień się dopiero zaczynał szyper Matulak zdążył opróżnić już trzy butelki poznańskiego z ratuszem na naklejce. Z zadowoleniem pomyślał o zgrabnej plastikowej skrzynce, w której mieściło się dwadzieścia sztuk. Większość była z brązowego szkła, ale trafiło się kilka zielonych. Kierowniczka sklepu społemowskiego na pobliskim Chwaliszewie, pani Dorota, odłożyła mu tę skrzynkę z wczorajszej dostawy. Nie mógł więc wybrzydzać i prosić o wymianę zielonych na brązowe. Był przekonany tak jak większość jego kolegów, amatorów złocistego płynu, że piwo w zielonych flaszkach szybciej się psuje, dlatego starał się kupować zawsze te w brązowych. Mówi się trudno, pomyślał Gerard i postanowił, że zielone trzeba załatwić jak najszybciej by nie dać im szansy na zepsucie. Dziś zanim poszedł do starego portu gdzie stała przycumowana jego barka zaszedł do sklepu, a jego znajoma podała mu towar spod lady. Zapłacił parę złotych drożej, ale cena i tak nie była wygórowana. W końcu kobicie też coś się od życia należy, za to, że idzie ludziom na rękę, myślał z wyrozumiałością Matulak. Przytargał skrzynkę z drogocennym napojem na pokład i ukrył ją w dużym metalowym pojemniku na narzędzia, w schowku, którego stalową podłogę chłodziła warciana woda. Piwo miało więc dużą szanse schłodzić się do odpowiednio niskiej temperatury. Miałoby, gdyby nie wielkie pragnienie szypra, który już zastanawiał się nad otwarciem czwartej zielonej butelki. Zapiął rozporek i z kieszeni spodni wydobył biało-czerwoną paczkę klubowych. Wyciągnął jednego zmiętolonego papierosa, włożył go do ust i podpalił ruską zapalniczką na benzynę. Klubowe też kupował u pani Doroty. Gdyby nie jej głowa do interesów to marnie wyglądałoby jego zaopatrzenie w tytoń. Kartkowy przydział wystarczał mu zaledwie na kilka dni. A ona ciągle miała na sprzedaż jakieś lewe ćmiki.

Spojrzał na przeciwległy brzeg rzeki.- Łe tej, a te szkieły co tam robią?- wymruczał do siebie zdziwiony Matulak, widząc kilkunastu młodych milicjantów łażących po betonowym nabrzeżu. Zdziwiło go to, że wszyscy spoglądali w dół jakby czegoś szukali w wodzie. Ci też mają robotę, łażą, szczony nad rzeką zamiast gonić złodziei. A może tam się, kto utopił? Sam też popatrzył na wodę przed sobą i wtedy zdziwił się jeszcze bardziej. Tuż obok burty jego barki, w miejscu gdzie jeszcze niedawno sikał do wody zobaczył pływające czarne włosy. Peruka jakaś czy co, zastanawiał się marynarz. Zaraz zobaczymy, co to za cholera. Poszedł do sterówki po wielki podbierak do wyciągania z wody ryb. Zanurzył siatkę w wodzie i umiejętnie podsunął ją pod pływające włosy. Gdy był już pewien, że siatka podbieraka osiągnęła cel, delikatnie pociągnął ją do góry. Znowu się zdziwił się, gdy poczuł ciężar. Szarpną mocniej i coś, co wyłowił z wody, z głośnym plaśnięciem wylądowało na dnie barki.

- Łe kurwa - zaklął i poczuł, że nogi mu wiotczeją. Na stalowej płycie pokładu płaskodennej barki leżała czarnowłosa głowa kobiety, której martwe, szeroko otwarte oczy zdawały się przeszywać spojrzeniem Gerarda Matulaka.

Godz.8.00

W gabinecie szefa wydziału dochodzeniowo śledczego nie było zbyt wiele miejsca. Pod oknem stało biurko szefa a do niego przystawiony był stół konferencyjny i sześć krzeseł. Na dwóch z nich, po lewej i prawej ręce pulchnego, zupełnie łysego mężczyzny po pięćdziesiątce zajęli miejsca Marcinkowski i Brodziak.

Podpułkownik Żyto spojrzał na Marcinkowskiego siedzącego za stołem przykrytym zielonym suknem.

-No to referuj, co tam za problem mamy nad rzeką.

Fred w kilku zdaniach opisał wszystko, co dotąd ustalili, czyli właściwie niewiele.

-Teraz obywatelu pułkowniku trwają zarządzone przeze mnie poszukiwania nad Wartą. Mamy nadzieję, że w krótkim czasie uda nam się odnaleźć tę głowę. Bez niej będziemy mieli trudności z identyfikacją denatki. Powiem szczerze, że wygląda to paskudnie, zresztą sami zobaczcie. Podsunął w stronę siedzącego pod ściana pułkownika szarą kopertę z dopiero co wywołanymi zdjęciami z miejsca zdarzenia.

Żyto przejrzał szybko plik fotografii i zaraz oddał je swojemu podwładnemu.

- Obywatelu pułkowniku, nasi ludzie rozmawiają też z mieszkańcami osiedla, może ktoś coś zauważył w nocy - dodał Brodziak, który siedział naprzeciw swojego kolegi.

Ze ściany, z pięknej czarnobiałej fotografii spoglądał na milicjantów twórca CzeKa, towarzysz Feliks Dzierżyński z posępnym obliczem - patron Milicji Obywatelskiej.

- Tak towarzysze- zaczął pułkownik, a obaj oficerowie już wiedzieli, co ich czeka - Czasy są niezwykle trudne, a na nas, funkcjonariuszach resortu ciąży niezwykła odpowiedzialność. Społeczeństwo musi czuć się bezpiecznie a my mu to bezpieczeństwo musimy zapewnić. Dlatego naszym priorytetem musi być szybki wynik i to wynik pozytywny. Wynik pozytywny uzyskujemy dzięki wzmożonej aktywności naszych organów i błyskawicznym działaniom operacyjnym. Zalecam zatrzymać do wyjaśnienia i przesłuchać elementy najbardziej podejrzane. Raport z listą muszę mieć do 15- tej na tym biurku. No i poza tym róbcie swoje.

Marcinkowski i Brodziak wstali z miejsc.

- Tak jest obywatelu pułkowniku- odpowiedział kapitan.

Brodziak zabrał zdjęcia i obaj wyszli z gabinetu szefa.

- No i co o tym sadzisz obywatelu kapitanie?

- A co mam sądzić, wszystko jak zwykle, najważniejsze, że kazał nam robić swoje, a to znaczy, że nie będzie się wpierdalał w naszą robotę. Nie znasz go? Musi mieć na początku wynik, żeby mógł się wykazać przed towarzyszami z KW a później się zobaczy. "Przyjdzie walec i wyrówna", no nie obywatelu poruczniku?

Obaj milicjanci zeszli na pierwsze piętro budynku komendy miejskiej i skierowali się do pokoju 114. O tej porze biuro ich wydziału było jeszcze puste. Tylko przy stoliku pod oknem siedział smutny chorąży sztabowy Teofil Olkiewicz i wystukiwał coś dwoma palcami na maszynie do pisania. Widać było, że mu nie idzie ta robota i najchętniej rzuciłby ją w diabły.

- Co Teoś, zeznanko męczysz?- rzucił na powitanie Brodziak

- Dalibyście spokój panowie, bo mnie tu zaraz szlag jasny trafi. Dziś musze to dać prokuratorowi, a pani Zosia z hali maszyn ma akurat urlop. Ale przeczytam wam coś ciekawego, słuchajcie:

.jak wypiliśmy piątą butelkę wódki zauważyliśmy, że alkohol nam się skończył wiec ja jako gospodarz postanowiłem udać się na melinę na drugim piętrze domu nr 3 przy rynku Jeżyckim, w celu zakupienia kolejnej porcji alkoholu. Po dokonaniu zakupu wróciłem do mieszkania swojego przy ulicy Jackowskiego nr 12 i wtedy okazało się, że mój znajomy Pilawa Roman leży w łóżku z moją małżonką Kowalik Marzeną z domu Januchta. W tej sytuacji postanowiłem zareagować gdyż odniosłem wrażenie, że dochodzi właśnie do zbliżenia seksualnego i zdrady małżeńskiej. Oderwałem, więc nogę od krzesła i zadałem kilka uderzeń w głowę żony Kowalik Marzeny, która zdrady się dopuściła i nawet nie jęknęła. Gdy uderzona tępym narzędziem straciła przytomność zasiedliśmy wraz z Pilawą Romanem do dalszego spożywania alkoholu. Na pytanie, dlaczego nie udzieliłem pierwszej pomocy żonie mojej Kowalik Marzenie pragnę nadmienić, że nie mogłem gdyż nie wiedziałem, że ona takiej pomocy potrzebuje a poza tym byłem na nią bardzo zdenerwowany i na jej postępek.

- No to tu masz przynajmniej sprawę czystą, jest motyw, jest sprawca i teczka do prokuratora - powiedział Marcinkowski grzebiąc w stercie śmieci w swoim odrapanym biurku.

- A co z Kowalik Marzeną z domu Januchta?- zainteresował się Brodziak.

- Jak to co, zmarła nad ranem, akurat jak chłopcy kończyli siódmą flaszkę - wyjaśnił Olkiewicz i wrócił do pisania.

- No wiedziałem, że jeszcze coś się uchowało - Marcinkowski z szerokim uśmiechem wydobył z czeluści biurka do połowy opróżniona butelkę żytniej z kłoskiem.

- Teoś przerwij to stukanie i daj szkło, strzelimy po małym na dobry początek dnia.

Olkiewicz chwycił szklankę z herbatą, wylał resztkę płynu z fusami do kaktusa stojącego na oknie i podał naczynie kapitanowi. Brodziak postawił obok własną szklankę a Marcinkowski porcelanowy kubek. Z aptekarską dokładnością odmierzył trzy równe porcje a pustą butelkę schował do szafki biurka. Wypili bez słowa.