Poznań, Sobota 12 grudnia 1981
.
Godz. 23.10
Marceli Kruszona wracał do domu, trzymając się ściany własnego blo- ku. Miał poważne trudności ze złapaniem równowagi. Było zimno i cały chodnik był zasypany śniegiem. Oczywiście o tej porze żaden dozorca przy zdrowych zmysłach nie wyszedłby na dwór, żeby odgarnąć śnieg czy choćby posypać chodnik piaskiem. Noc była do spania, a nie do roboty. Marcel też chciał spać, ale nie bardzo mógł dojść do domu. Co chwila śliz- gał się niebezpiecznie i tylko szczęśliwy traf sprawił, że dotąd ani razu nie wyrżnął na ziemię. A miał już ku temu kilkadziesiąt okazji. W końcu mu- siał pokonać dystans prawie stu metrów. Szedł bowiem z pierwszej klat- ki swojego bloku na osiedlu Kosmonautów do klatki ostatniej, w której mieszkał. Do końca tej trudnej drogi zostało mu jeszcze przejście między dwoma klatkami schodowymi, a jemu wydawało się, że to niemal wypra- wa na poznańską Cytadelę. Było ciężko, bo prócz śliskiego chodnika marsz utrudniały mu wewnętrzne zachwiania równowagi. Nogi nie słuchały zupełnie poleceń płynących z głowy, bo gdzieś na trasie między ośrodkiem decyzyjnym mózgu a ośrodkiem ruchu zalegały poważne ilo- ści wypitego bimbru. Przez cały wieczór czterdziestotrzyletni Marceli pił ze swoim kolegą i sąsiadem Marasem Pawlakiem. Obaj znali się od lat. Pracowali na jed- nym wydziale poznańskich Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Dziś przed południem koledzy spotkali się w mieszkaniu Marasa. Od kilku dni czekali na ten jedyny w swoim rodzaju wieczór. Jakiś miesiąc temu w swoim warsztacie w Zetenteku, w niewielkim aluminio- wym cylindrze osadzili spiralnie zwiniętą miedzianą rurkę. Zbudowany w ten sposób kociołek został szczelnie zaspawany. Dzięki temu powstała zgrabna i niezawodna chłodnica do skraplania oparów alkoholowych. Dziś tę chłodnicę podłączyli plastikową przezroczystą rurką do kranu w kuchni Pawlaka, natomiast druga rurka połączyła chłodnicę z ruskim szybkowarem kupionym na gemeli na Łazarzu. Przez prawie trzy tygo- dnie w trzydziestolitrowej butli ustawionej koło kuchennego kaloryfera bulgotał zacier, przyrządzony według najlepszej, wielokrotnie sprawdzo- nej w polskich domach receptury Grunwald 1410, czyli jeden kilogram cukru na cztery litry wody z dodatkiem 10 deko drożdży. I wreszcie nadszedł czas na sprawdzenie, czy sprzęt sprawuje się nale- życie. Po południu do szybkowaru nalali pierwszą porcję zacieru. Po kil- kunastu minutach z niewielkiego kranika zaczął płynąć aromatyczny droż- dżowy spirytus. Oczywiście podczas przerabiania całej butli zacieru nie mogło się obejść bez degustacji. W sumie obaj koledzy przez kilka godzin wyprodukowali osiem butelek spirytusu. Trzy z nich zostały wypite na próbę. Umówili się, że jutro z pozostałego alkoholu zrobią cukrową prze- palankę. No i te trzy butelki były przyczyną problemów Marcela. Był już bardzo blisko swojego wejścia, gdy nagle zauważył, że tuż przy chodniku stoi zaparkowana milicyjna nyska. Niewiele zastanawiając się, skoczył szybko w stronę otwartych najbliższych drzwi sąsiedniego wejścia i schował wewnątrz ciemnego korytarzyka. Oparty o ścianę pa- trzył z uwagą na samochód. Przestraszył się nie na żarty, bo dobrze wie- dział, czym może skończyć się takie nocne spotkanie szkieła z utytłanym facetem. Milicjanci mogli go bez zbędnych ceregieli zawieźć do izby wy- trzeźwień, a noc spędzona na wytrzeżwiałce nie należała do najprzyjem- niejszych. Marceli wiedział o tym dobrze, bo kilka lat temu trafił do izby w dzień wypłaty, prosto z piwiarni na Wildzie. Rano wyszedł stamtąd po- turbowany, bez zegarka i z pustym portfelem. Dlatego za nic nie zamierzał dziś powtarzać dawnych błędów. Po chwili do nyski podeszło dwóch ludzi. Jeden w mundurze milicyj- nym, a drugi po cywilnemu. Ten cywil miał w ręce torbę, taką zwyczajną torbę do zawieszenia na ramię. Wsiedli, samochód zakaszlał parę razy i po chwili silnik zaskoczył. Marcel wyszedł na zewnątrz i spojrzał w ślad za odjeżdżającym mili- cyjnym autem.
- Co te szkieły tu łażą po nocy-zastanawiał się-i u kogo mogli być? Przecież tu w klatce normalna wiara mieszka. Ruszył przed siebie znacznie już pewniejszym krokiem, bo spotkanie z milicyjnym wozem spowodowało, że ze strachu trochę przetrzeźwiał. Otworzył drzwi i znalazł się w niewielkim korytarzyku prowadzącym na schody czteropiętrowego bloku. Mieszkał na trzecim, miał więc do po- konania jeszcze trochę drogi. Zaklął w myślach, gdy spróbował zapalić światło. Ale bezskutecznie. Klatka była kompletnie ciemna, bo już dawno zniknęły z lamp na piętrach wszystkie żarówki. Wiadomo, towar deficyto- wy, którego nie było w sklepach, a tu był, przynajmniej od czasu do czasu, na wyciągnięcie ręki. Na drugim piętrze ze zdziwieniem zobaczył, że drzwi od mieszkania Walkowiaków są uchylone, a przez szparę sączy się na schody strumień światła.
- Pewnie Miras Walkowiak mo tytę i zapomniał zamknąć drzwi - domyślił się.
-Trzeba mu powiedzieć, bo jakieś penerstwo okradnie mu chatę na śpiku. Przycisnął pstryczek dzwonka elektrycznego, ale nie było żadnego dźwięku. Dzwonek nie działał. Przyłożył, więc pięść do drzwi i energicz- nie zapukał. W domu cisza. Niewiele zastanawiając się, nacisnął klamkę. Wiedział, że Marysia Walkowiakowa miała jechać na wieś, do swoich ro- dziców po zaopatrzenie, pomyślał więc, że Miras wykorzystał wolny wie- czór, musiał się nachlać i spał w najlepsze. Wszedł na korytarzyk prowadzący w głąb mieszkania i coś go zaniepo- koiło. Wyglądało tu tak, jakby przeleciała tędy gwałtowna burza. Kurtki i płaszcze pozrzucane z wieszaka leżały pomięte na podłodze. Obok nich walały się poprzewracane buty, a wszystko to pokrywała warstwa gazet z rozprutej paczki z makulaturą, która leżała na niewielkim stoliku obok lu- stra. Walkowiak, podobnie jak większość swoich sąsiadów, zbierał makula- turę. Za oddanie do skupu niepotrzebnych papierów można było dostać nie- osiągalny w normalnej sprzedaży papier toaletowy, więc opłacało się zbierać.
- No to żeś nawywijał chłopie, aleś gemelę tu urządził-powiedział do siebie Marcel i ruszył do środka mieszkania. W dużym pokoju panował podobny, niemiłosierny bałagan. Z tym, że o ile przez korytarz przeszła wichura, o tyle śmiało można było powie- dzieć, że tu swoje żniwo pozostawiła trąba powietrzna. Przewrócony stół i krzesła, rozpruty materac tapczanu, książki postrącane z półek i papiery powyrzucane z szuflad. Wszystko wyglądało tak, jakby właściciel miesz- kania kompletnie oszalał.
- Miras, gdzieś jest, kurwa?! - zawołał Marcel, stojąc na środku pokoju. Nie było żadnej odpowiedzi. Zajrzał więc do drugiego pokoju, ale tam również nie było nikogo, pokój za to podobnie jak ten pierwszy wy- wrócony był do góry nogami. Pozostała jeszcze kuchnia i łazienka. Sąsiad Walkowiak był w kuchni. Światło było tam zgaszone, a jego postać i fragment stołu oświetlała tylko jasna smuga wpadająca tu z korytarza. Siedział przy białym stole z głową opartą na blacie. Przed nim stała do połowy wypita butelka wódki wybo- rowej i jedna pusta szklanka. Marcel podszedł do stołu i chciał klepnąć kolegę w plecy, by go obu- dzić. Już podniósł rękę, ale nie opuścił jej. Zamarł w bezruchu. Po chwili cofnął się do drzwi i szybko zapalił światło. To, co zobaczył, wprawiło go w prawdziwe osłupienie. W jednej ręce, leżącej na stole w kałuży krwi, Walkowiak zaciskał czarny pistolet, ruską TT-kę. Kula przeszyła mu lewą skroń. Widać było wyraźnie niewielką dziurkę wlotową. Natomiast pra- wej strony głowy nie było wcale. Jej rozpryskane resztki poprzyklejały się do ściany na prawo od siedzącego, tworząc tam wzór, którego nie powsty- dziłby się żaden z uznanych malarzy abstrakcjonistów.
Godz. 23.30
W milicyjnej nysce siedziało pięciu ludzi. Wszyscy, z wyjątkiem jedne- go cywila, ubrani byli w polowe mundury moro. Dwaj podoficerowie, prócz zwyczajnej podczas akcji broni krótkiej, mieli także automaty kałasz- nikowa. Kierowca z papierosem w zębach spokojnie prowadził auto po osiedlowych uliczkach. Oficer siedzący przy nim liczył kolejne numery klatek schodowych bloku przy ulicy Pasterskiej. Szukali numeru 15 i wszy- stko wskazywało na to, że będzie to ostatnia klatka tego bloku.
- Kto to ma być, panie kapitanie? - zapytał siedzącego obok siebie oficera kierowca, kapral Grzechu Kowal. Kapitan spojrzał na rozłożoną na kolanach czarną milicyjną raportów- kę, przyświecając sobie sygnałową płaską latarką. W celuloidowej owijce miał schowaną kartkę z wypisaną na maszynie listą pięciu nazwisk.
- Markowski Kazimierz, syn Władysława, pracownik Cegielskiego, działacz Zarządu Regionu. Podobno bardzo radykalny. Napisali tu jesz- cze, że trzeba szczególnie uważać podczas zatrzymania, bo może być nie- bezpieczny.
- Oo, jest ta piętnacha - powiedział kierowca i zatrzymał samo- chód naprzeciw drzwi do klatki schodowej. Kapitan Ludwik Karpiński zamknął swoją torbę i odwrócił się do siedzącego za nim cywila.
- No co, towarzyszu kapitanie, jesteście na miejscu, więc przejmujcie komendę, tak jak było przykazane - powiedział z uśmiechem.
-Panowie - tu zwrócił się do pozostałych milicjantów - kapitan Jaszcz z SB jest szefem akcji. Proszę całkowicie podporządkować się jego poleceniom. Żaden z milicjantów siedzących w nysce nie miał co do faktu przejęcia dowództwa żadnych uwag. W ogóle nie mieli żadnych uwag do akcji, którą za chwilę zaczynali. Kierowcy, kapralowi Grzechowi Kowalowi było dokładnie wszystko jedno. Od ponad roku był na etacie kierowcy w Komendzie Wojewódzkiej i tak naprawdę interesowała go tylko własna pensja i samochody, które były od zawsze jego pasją. Jechał więc tam, gdzie trzeba i nie zadawał zbędnych pytań. Przyzwyczaił się już, że z roz- kazami przełożonych się nie dyskutuje. Szczególnie od pewnego czasu, gdy czuło się, że coś wisi w powietrzu. Dziś Grzechu wiedział, że to coś właśnie się zaczyna. Na tylnych siedzeniach siedziało jeszcze dwóch milicjantów. Równie obojętny na wszystko czterdziestoletni sierżant sztabowy Wiktor Dąbrowa, który dziś przed wyjściem z domu pożegnał się z żoną i powiedział jej, że nie wie, kiedy wróci. I po raz pierwszy od wielu lat naprawdę nie miał pojęcia, kiedy zakończy się ta robota. Niby wszystko do ostatniej chwili trzymane było w tajemnicy, ale Dąbrowa dobrze wiedział, że się zaczęło i że to właśnie dziś dojdzie do ostatecznej rozprawy z tymi ekstre- mistami z "Solidarnooeci". Natomiast najmłodszy z grupy, szczupły rudzie- lec z twarzą upstrzoną piegami, świeżo upieczony podporucznik Mirosław Brodziak był przerażony tym, co za chwilę miało się wydarzyć. Poszedł do pracy w milicji kryminalnej, a dziś w nocy miał zostać esbekiem.
Godz. 23.30
W międzymiastowej centrali telefonicznej, budynku poznańskiej po- czty głównej przy Alejach Karola Marcinkowskiego dyżur pełniły zaled- wie cztery kobiety. O tej porze nie miały zbyt wiele pracy. Zamówionych rozmów międzymiastowych było niewiele. Dopiero koło godziny 23 kil- ku rozmówców zadzwoniło z pretensjami, że ich połączenie z Wybrzeżem nagle się urwało. Szybko okazało się, że w żaden sposób nie można się do- dzwonić do Trójmiasta i Elbląga. Wyglądało to tak, jakby tamtejsze cen- trale zostały całkowicie wyłączone. Pani Maria Kowalska, która w tele- fonach przepracowała już prawie 20 lat przestraszyła się nie na żarty. Przypomniała sobie od razu, że podobnie wyglądała sytuacja, kiedy w sierpniu ubiegłego roku na Wybrzeżu były strajki. Wtedy władze od- cięły połączenie, żeby informacje od strajkujących i ich rodzin nie rozcho- dziły się po kraju.
- Ta dzisiejsza cisza jest podobna do tamtej z sierpnia - powiedziała Maria do swojej koleżanki, pani Janiny.
- Może tam znowu strajk się jakiś zaczyna? W Gdańsku jest przecież zjazd Komisji Krajowej "Solidarności", to pewnie te gnoje chcą ich zno- wu odciąć od świata. Trzeba będzie jutro posłuchać, co mówi o tym Wol- na Europa.
- Ja to już rano będę wiedzieć-pochwaliła się Maria.
-Mój stary jak się kładzie do łóżka to włącza sobie radio na Wolną Europę, a jak przy- chodzę po nocce do chaty, to mi mówi, co ciekawego było. Bez tej Wolnej Europy to by my nic nie wiedzieli, co się dzieje, bo te cholery z Radioko- mitetu to nic prawdy nie powiedzą. Jak kłamali dawniej, tak i teraz same kłamstwa.
- Święta prawda-potwierdziła Janina.
- Jakby "Solidarność" do- stała dostęp do radia i telewizji, wszystko wyglądałoby inaczej. A tak to te czerwone robią se co ino chcą, a Wolną Europę to jeszcze zagłuszają. Mają takie specjalne radiostacje, co nadają szum, żeby się ludzie nie mogli niczego prawdziwego dowiedzieć. Rozmowę obu kobiet przerwało gwałtowne łomotanie do metalowych drzwi.
- A co za cholera tam się tłucze po nocy?
-zdenerwowała się pani Maria. Wstała ze swojego krzesła i poszła sprawdzić, gotowa opieprzyć natręta. O tej porze nikt nie powinien wchodzić do centrali, no chyba że stałoby się coś wyjątkowego. Przekręciła klucz w zamku i metalowe drzwi jęknęły. Jakież było jej zdziwienie, gdy na progu zobaczyła trzech żołnierzy w hełmach z wycelowanymi w jej kierunku karabinami. Męż- czyźni odepchnęli ją z drogi i wpadli do środka. Rzucili się do konsolet centrali i zaczęli wyrywać wtyczki, przerywając połączenia. Za nimi do sali wkroczył jakiś wojskowy kapitan, a wraz z nim dyrektor Jakubowski.
- Pani Mario spokojnie, niech się pani nic nie boi - dyrektor pró- bował uspokoić kobietę. Tymczasem ona dostrzegła, że mężczyzna sam jest mocno wystraszony.
- Spokojnie, drogie panie, nic się nie stało, wszystko jest pod kontrolą - powtarzał dyrektor łamiącym się głosem.
- Proszę mi wskazać aparaturę głównego zasilania centrali - zażądał kapitan, zwracając się do dyrektora.
- Tam za tą szklaną szybą - wyjaśnił dyrektor, podając mu jedno- cześnie niewielki klucz z przymocowaną sznurkiem listewką informa- cyjną. Oficer podszedł z kluczem do szafki, włożył go do zamka, otworzył szklane drzwi i chwycił czarną wajchę.
- Co pan robi, czy pan zwariował? Wyłączy pan wszystkie telefony w mieście - krzyknęła zdenerwowana całym zajściem Kowalska.
- I o to właśnie chodzi - powiedział kapitan i przesunął dźwignię w dół. Lampki, błyszczące dotąd na pulpitach centralek telefonicznych, zamrugały po raz ostatni i zgasły.
